wywrotowo

czwartek, 12 stycznia 2017

Rozdział 2.


Chata Teofila stała samotnie wśród pól, tuż przy wąskiej dróżce prowadzącej do lasu.
Zbudowana z twardych kamieni przetrwała wiele lat, lecz swego opiekuna zyskała dopiero wczesną wiosną, kiedy to tajemniczy mężczyzna pojawił się w stolicy. W nikomu nieznany sposób zyskał przychylność króla, a ten uczynił go pisarzem czuwającym nad kroniką miasta. Ze swych obowiązków Teofil nie wywiązywał się nazbyt sumiennie, lecz nikt nie miał mu tego za złe. Zdawało się, że król szybko o nim zapomniał, a ludność odczuwała strach. Mawiano, że pałał się magią. Marcel nie wiedział ile było w tym prawdy, póki postawny przybysz o białej brodzie nie zawarł z nim paktu. Od tego czasu minęła cała wiosna i połowa lata, a Teofil nauczył chłopca wszystkiego, co wiedział o ziołach, lecznictwie oraz erze magii. W zamian dwunastolatek złożył najdziwniejszą obietnicę, jaką kiedykolwiek ktokolwiek na nim wymusił. Wędrowiec Znikąd żądał lojalności oraz ochrony, gdy nadejdą mroczne czasy. Cokolwiek by się działo – powiedział tamtego słonecznego dnia, na schodach wiodących do wieży strażniczej – nie pozwolisz by ktokolwiek odebrał mi życie. I sam również tego nie zrobisz. Marcel przysiągł na wszystkich bogów, a gdy mężczyźnie to nie wystarczyło, przyłożył dłoń do piersi i, czując szybkie uderzenia swego serca, złożył przysięgę na swe życie. Była to najbardziej szalona i dziwna sytuacja, z jaką miał do czynienia! Właśnie dlatego tak bardzo go zafascynowała. Teofil stał się jego przyjacielem. Ufał mu bezgranicznie, choć bywały chwile, gdy zastanawiał się czy plotki o jego szaleństwie nie noszą ziarna prawdy. Zdarzało się, że Teofil przyglądał mu się, myśląc, że ten tego nie widzi, a w jego ciemnobrązowych oczach lśniła nadzieja. Patrzył na niego jak na kogoś, kto mógłby go ustrzec przed wszelkim złem. 
Dotychczas jednak to on wybawiał rodzeństwo ze wszelkich kłopotów. 
Tej nocy wybiegł im na spotkanie i odebrał rannego z rąk Marcela. Był wysokim, silnym mężczyzną, choć wiadomo było, że liczy sobie już sześćdziesiąt lat. Jego szerokie ramiona okryte były koszulą z mocnej, zielonogórskiej wełny, a na stopach nosił ciężkie, żołnierskie buty. Zaniósł rannego do izby i położył go na wypełnionym słomą posłaniu. Chłopiec jęknął cicho, wyginając swe ciało w łuk. Blady, z krwią nieustannie spływającą po szyi i dalej, ku ramieniu, przerażał nie tylko Tulię. Nawet z Marcela uleciała odwaga i cofnął się na tyle, na ile pozwalała mu godność. 
– Ugryzł go upiór, prawda? – Przełknął żółć podchodzącą do gardła. Jeśli jeszcze raz zwymiotuje, zapadanie się pod ziemię ze wstydu! 
Mężczyzna pokręcił głową, wyciągając z kredensu zioła oraz naczynia i buteleczki wypełnione leczniczymi płynami. 
– Tulia, wyciągnij ze skrzyni czysty, biały materiał. Jest na samym wierzchu – polecił. 
Gdy w chacie znajdowało się tak wiele osób, wydawała się bardziej ciasna niż była w rzeczywistości. A nie była zbyt obszerna, bowiem składała się z jednej, bielonej izby. Niska i bardzo ciepła mieściła w sobie palenisko, stół z dwiema ławkami, wąskie łóżko oraz biały, elegancki kredens, który ani trochę tam nie pasował. 
Marcel stał na środku jak kołek wbity w ziemię, przyglądając się grymasom bólu na twarzy chłopca. Ten na nowo stracił przytomność i zdawało się, że nieszybko ją odzyska, bowiem Teofil siadł przy nim i zasłonił mu usta cuchnącą szmatką. 
– Tak będzie lepiej – wyjaśnił. – Chodź, chłopcze. Pomożesz mi. 
Marcel wypuścił z sykiem powietrze i stanął przy nim. Tulia położyła obok cienki jedwab i migiem uciekła w kąt. Uważnie obserwowała drogę prowadzącą do miasta. Zarys jego murów majaczył w oddali, oświetlany blaskiem lamp. Dziewczynka nie mogła przestać myśleć o istotach, które się do niego zbliżały. Gdy przemkną przez bramę, stanie się coś okropnego – wiedziała to. 
Teofil polał kilka kropel czarnego bzu na otwartą ranę, aż ta zagotowała się, tworząc ohydną pianę. 
– Nie przemieni się? – spytał Marcel zlękniony. Nie uśmiechało mu się spotkanie z nowonarodzonym upiorem. 
– Nie ugryzł go upiór, tylko strzyga. Podaj mi wywar z jasnoty. – Wyciągnął rękę. – Zmniejszy krwawienie. W nic się nie przemieni. W najgorszym przypadku umrze. Głęboko wbiła się zębiskami… 
– Przyjdą po nas? – Podał mu materiał, który Teofil umiejętnie owinął wokół szyi i ramienia chłopca. – Nawet nie wiesz ilu ich było… 
– Wiem. Widziałem. Gdzieś tam jest cieciorka. Jego serce ledwo bije. – Przyjął flakonik z przezroczystym płynem. Uniósł podbródek rannego i wlał mu kroplę do gardła. – Niech bogowie mają go w swojej opiece. Chata jest chroniona kilkoma zaklęciami i ziołami, wystarczy na noc. O świcie będziemy musieli uciekać. 
– Przed nimi nie da się uciec – odparł z goryczą. Niczego nie był w życiu bardziej pewien niż tego. – Czterech z nich jechało na koniach. Ogromnych koniach! Skąd oni się wzięli, Teofilu? Mówiłeś, że czarna magia ukrywa się od setek lat… – szepnął z wyrzutem. 
– Mówiłem też, że kiedyś wyjdzie z ukrycia. – Zebrał wszystkie flakoniki oraz woreczki i wrzucił je do, stojącego przy kufrze, wiklinowego kosza. – Widocznie to kiedyś jest tej nocy. – Począł wyciągać ze skrzyni podróżne worki. – Pamiętacie opowieść o Krakanie? 
– Krakan był pierwszym królem Lechistanu, zjednoczonego królestwa. – Wzruszył ramionami. Co to ma do rzeczy? Za oknem czaiły się potwory z najstraszniejszych koszmarów. – Potem jego wnuk zaczął pałać się czarną magią, oszalał, a królestwo rozpadło się. I tak jest do dziś. 
– Wacław miał brata… 
– Sylwestra, wiem – rzucił zirytowany. Obrzucił spojrzeniem rannego, który jęknął przez sen. Jego opatrunek przesiąkł krwią. – Chłopak, który ciągle chodził boso. 
Teofil wrzucił do jednego z worków dwa duże kawałki sera i bochenki chleba. Zebrał ze stołu kilka jabłek. 
– Pamiętasz co się z nim stało? – drążył, więcej uwagi skupiając na poszukiwaniu jedzenia niż na Marcelu. 
– No, uciekł. Wezwał białą magię, która zniszczyła Wacława i ukryła zamek przed ludźmi. Sylwestrowi udało się uciec, ale nie mówiłeś gdzie i co się z nim potem stało.
To była jego ulubiona część historii. Gdy Sylwester – znany ze swego poczucia humoru i sympatii do poddanych – odkrył okrutną tajemnicę starszego brata, nie wiedział, co począć. Zrozumiał dlaczego Wacław krwawo niszczył należące do niego wioski, mordował ludzi, składając ich w ofierze jak zaszlachtowane świnie. Stał się zimny i nieustępliwy, a nocami przechadzał się po korytarzach bardziej przypominając ducha niż młodego króla. Ludzie go nienawidzili, lecz strach był większy. Najznamienitsi książęta oraz śmiali rycerze obawiali się wściekłości swego pana. Nieliczni, którzy usiłowali stawić mu czoła, umierali bardzo powolną, bolesną śmiercią. Strach nie ominął również Sylwestra. Każdej nocy zasypiał z modlitwą na ustach, wiedząc, że stal i ludzka siła nie pokonają szaleństwa jego brata. Pewnego dnia, gdy sen nie nadchodził, a czarne kruki krążyły nad Sowią Wyspą, zdecydował się na niepewny krok. Odziany w płaszcz królewskiej straży, wyszedł za mury, by udać się do lasu. Tam, przy potężnym drzewie Ducha Lasu, błagał go na kolanach o ratunek. Prosił białą magię, by przybyła i odmieniła serce Wacława. Nie oczekiwał, że pojawi się natychmiast. Był głęboko wierzącym człowiekiem, więc wiedział, że prawdziwe zmiany wymagają czasu. Czekał. Udając obojętność wobec czynów brata, cierpliwie modlił się do bogów, aż w końcu, pewnego pochmurnego poranka u bram miasta pojawił się nieznany nikomu wędrowiec. Bił od niego blask białej magii, gdy wjeżdżał przez most na swoim śnieżnym rumaku. Żaden z braci nie znał swego dziada, dlatego nie wiedzieli, iż przystojny młodzieniec był bardzo do niego podobny. Przedstawił się jako ich daleki krewny i poprosił o nocleg na zamku. O tym, co działo się potem legenda milczy. Mówi się, że przybysz pokonał Wacława w groźnej walce na śmierć i życie, a pod mury zamku podłożył ogień. Jedynie Sylwester uciekł, gnając co sił na swoim wiernym rumaku, w przerażeniu tratując trupy ofiar szalonego króla. Podobno wspomnienie śmierci nadal unosi się nad miejscem, w którym niegdyś stał zamek, choć od pamiętnej nocy minęło prawie sześćset lat. Byli jednak tacy, którzy wierzyli, że Wacław nie umarł. Teofil, krzątając się po wyczyszczonej do cna izbie, opowiadał o zakończeniu opowieści, jakiej rodzeństwo nie znało. Uciekał nerwowo spojrzeniem jakby bał się spojrzeć chłopcu w oczy. 
Tulia klęczała na krześle, wpatrując się w srogie ciemności. Zdawała się nie słuchać nieskładnych zdań przyjaciela, którymi starał się wyjaśnić, że tak naprawdę Wacław nie umarł, lecz żyje po dziś dzień. Przybysz nie zdołał go zabić, a jedynie sprawić, by ten zasnął na setki lat. Wnuk Krakana w tamtym czasie miał w sobie wiele czarnej magii – zbyt potężnej, by można było go łatwo pokonać. 
– Śpi w swoim zamku – wyjaśnił szorstko. – A przynajmniej spał do dzisiaj. 
– Obudził się? 
– Gdyby się obudził... – Siadł z westchnieniem przy stole. Zgarbiony, wydawał się być o wiele starszy. Płomień świecy rzucał wątłe cienie na jego ogorzałą twarz. – Gdyby się obudził, już dawno by nas tu nie było. Niczego by nie było. Nadal śpi, dzięki bogom, ale zaczyna odzyskiwać świadomość. Ma na tyle siły, by wezwać swoich marnych popleczników. Będzie zyskiwał ich coraz więcej. 
– Skoro on się budzi to może biała magia też..? – podsunął nieśmiało. – Powinniśmy kogoś wezwać, tak jak zrobił to Sylwester! 
– Nikt się nie pojawi. – Pokręcił głową ze smutkiem. 
– Dlaczego nie? 
– Minęło sześćset lat, chłopcze. O białej magii dawno zapomniano. A ona jest dumna – nie przyjdzie z pomocą tym, którzy nią wzgardzili. 
– Więc co? – Niemożliwe, by ułomność mieszkańców królestw miała sprowadzić na nich śmierć. Nie można do tego dopuścić! – Będzie patrzeć jak ludzie umierają? 
– Jest jeszcze jedno wyjście. – Podrapał się po brodzie. Obok niego stały wypchane toboły. – Sześćset lat temu, ten, który pokonał Wacława, wiedział, że kiedyś przyjdzie taki dzień, gdy ten się obudzi. Biała magia nie była na tyle silna, by utrzymywać go w kajdanach przez wieczność. Zostawił przepowiednię. Zna ją każdy, kto nie traktuje historii jak baśni. 
– Co to za przepowiednia? – Miał wrażenie, że mu się nie spodoba. 
– Sylwester miał mieć syna, który miał przedłużyć ród Lechitów. Przepowiednia mówiła, że pewnego dnia narodzi się dziecko, które będzie w stanie ostatecznie pokonać Wacława, gdy ten się zbudzi. 
– Jest prawdziwa?
– Najprawdziwsza. 
– A to dziecko? Gdzie ono jest? – Zerknął w stronę łoża. To chyba nie ten chłopak? 
– Nie. – Pokręcił głową po raz kolejny odgadując jego myśli. – Płynie w nim królewska krew, ale nie na tyle potężna, by walczyć z magią. – Gdy dostrzegł zmieszanie na twarzy dziecka, zmarszczył czoło. – To bękart króla – powiedział. – Nie poznałeś go? 
Przyjrzał się uważnie brunetowi. Rzeczywiście, miał na sobie ubranie szyte z pięknych, drogich materiałów, a w jego urodzie nie było niczego, co mówiłoby o wieśniaczym pochodzeniu, choć nie przypominał swego króla ojca. 
Marcel zazgrzytał zębami. Nieczęsto widywano bękarta na zamku, choć czcigodny pan uznał go za swego syna. Mawiano, że chłopiec lubi włóczyć się po podejrzanych miejscach, a po ojcu odziedziczył zamiłowanie do mocnych trunków. Ile mógł mieć lat..? Czternaście? Z pewnością był starszy od księcia Spirydiona, gdyż ojciec uznał go jedynie dlatego,  iż obawiał się, że jego anemiczna żona nie urodzi mu syna. 
– Nieważne! – Starzec machnął ręką. – Jak myślisz, kim jest potomek Sylwestra?
Wzruszył ramionami. Skąd on miał to wiedzieć? Nie znał nikogo, w którym mogłaby płynąć tak szlachetna krew. 
Teofil uniósł białą brew, oczekując odpowiedzi. 
– Pomyśl – doradził łagodnie. Na jego wargach drgał nerwowy uśmieszek. 
Marcel przełknął ślinę.
– Nie. - Pokręcił głową, próbując zaprzeczyć. – Niemożliwe. 
– A jednak. – Wstał. – Jesteś miłym chłopcem, ale wybacz, gdybyś nie był tym, kim jesteś, nie marnowałby czasu na zajmowanie się tobą. Sześćset lat minęło i krew Krakana dotarła aż tutaj, do śmierdzącej chaty podłego pisarza, który nawet nie umie pisać. – Zarechotał. – Mówię prawdę, Marcelu. Jesteś potomkiem Krakana, pierwszego władcy zjednoczonego królestwa Lechistanu. I twoim przeznaczeniem jest pokonać twego pradziada. Magią i mieczem. 
W izbie zapadła cisza, przerywana jedynie ciężkim oddechem bękarta. To była chłodna, letnia noc. 
Marcel spojrzał na siostrę, szukając u niej ratunku, ale w jej oczach ujrzał jedynie rozpacz. 
– Miasto płonie – szepnęła, ledwie otwierając drżące usta. Była blada ze strachu. 
Podbiegli do okna. 
Płomienie wzbijały się w górę, sięgając czarnego nieba. Pochłonęły mury i wieże, a krzyki mordowanych docierały do chaty niczym cicha, stłumiona muzyka. Smętna melodia splamiona krwią niewinnych towarzysząca mrocznym istotom przedzierającym się przez wąskie uliczki, wspinających się schodami na najwyższe wieże strażnicze i zaglądających do królewskich komnat. Łaknące szlochania i krwi, zemsty za lata zapomnienia. Pochylały się nad dziecięcymi kołyskami, a za nimi podążał ogień, pożerający wysuszone z krwi truchła, pozbawione dusz niewinnych. Miasto płonęło! Umierało za swe grzechy, skąpane w złotym miodzie i aksamitach. Było przypomnieniem, że o czarnej magii się nie zapomina. Ona zawsze wróci niepomna na przekleństwa bogów. Pożre wszystko, rozsypując przed swym panem kości ofiar. A jeśli ktoś zdoła uciec, podąży za jego zapachem – kuszącą wonią strachu – przywoływana szeptem najszczerszej z modlitw. Nie okaże łaski.